Hrabia robi wyrzuty lokajowi:
- Janie, dlaczego powiedziałeś hrabinie, o której godzinie wróciłem do domu? Przecież prosiłem cię o dyskrecję!
- Wcale nie powiedziałem! Kiedy pani hrabina spytała, o której godzinie pan hrabia wrócił, a ja odpowiedziałem jej, że nie patrzyłem na zegarek ponieważ jadłem akurat śniadanie.
Wieczorem w alkowie hrabia pyta hrabinę:
- Hrabino, czy hrabina już jest w ciąży?
- Nie, panie hrabio.
- A więc znowu będę musiał wykonywać te śmieszne ruchy.
Ale... nic nie wychodzi.
Więc hrabia dzwoni po lokaja.
- Janie! Niech Jan poświeci kandelabrem.
Ale i przy świetle nic nie wychodzi.
Więc hrabia komenderuje:
- Janie! Niech Jan spróbuje!
Jan próbuje i po chwili pani hrabina jest wniebowzięta.
A hrabia komentuje:
- Widzisz chamie! Tak trzeba trzymać kandelabr!
Hrabia wrca do domu w drzwiach wita go Jan:
- I co stary zgredzie, znowu byłeś w pubie na piwie?
Na to Hrabia:
- Nie Janie, byłem w mieście kupić aparat słuchowy...
Znalazłem na strychu pamiętnik pradziada - hrabiego. Zniszczony. Część słów zamazana. Na jednej ze stron:
"...szczęście... kareta... cztery damy...".
I teraz nie wiem, czy chwalić się antenatem który był nieprawdopodobnym pokerzystą czy j*baką.
Pan hrabia przed codziennym wyjściem na spacer udał się do łazienki. Kiedy po chwili wyszedł, czekający na niego sługa Jan zauważył na spodniach pana hrabiego mokrą plamę.
- Wydaje mi się, że Jaśnie Pan się zmoczył!
- Nie dociekam!
W hotelu hrabia prowadzi po schodach konia.
- Ależ szanowny panie - interweniuje portier - po schodach nie wolno prowadzić koni!
- Przykro mi - odpowiada hrabia - ale ostatnio w windzie bardzo źle się czuł...
Pewien hrabia po dosadnej dyskusji z małżonką, opuszczając salon z całym dostojeństwem należnym jego osobie, zwraca się spokojnym głosem do swojego lokaja:
- Edwardzie! Proszę podać mi okrycie, kapelusz i parasol.
Idąc do drzwi dodaje:
- Bądź też łaskaw mocno trzasnąć drzwiami za moimi plecami kiedy wyjdę.
Hrabia do Jana:
- Janie, dziś spotkam się z maharadżą.
- Wiem, panie.
- Masz przygotować olśniewającą ucztę.
- Wiem, panie.
- Maharadża jest wegetarianinem.
- Wiem, panie.
- Przygotuj jak zawsze: pieczoną świnię, 25 udek z kurczaka, polędwicę, cielęcinę oraz kilkanaście krwistych befsztyków.
- Przypominam że maharadża jest wegetarianinem.
- Nie wymądrzaj się, pamiętam, to co wymieniłem będzie dla mnie.
- A co dla maharadży?
- Kilka marchewek, ale nie za wiele.
Bajka.
W pewnej popegieerowskiej wsi mieszkał stary Mateusz Kita. Pewnego letniego dnia siedział sobie przed domem i spoglądał na świat. Około południa żar lał już się z nieba niesamowity i Mateusz podjął decyzję. Wyjął ze skrzyni ostatnie pieniądze, które zostały mu z emerytury, poszedł do obory i odnalazł stary, jeszcze przedwojenny, solidny kanister i poczłapał z tym wszystkim do gospody w oddalonym o trzy kilometry miasteczku. Tam kazał sobie nalać pełny kanister złotego, pysznego piwa, zapłacił ostatnimi pieniędzmi i mimo ciężaru i ogromnej spiekoty, wesoło podreptał w stronę domu, myśląc już o tym, jak wpuści kanister do studni a potem będzie popijał super schłodzone piweczko. Gdy był już niedaleko chałupy, zobaczył leżącą przy drodze zakorkowaną butelkę. Podniósł ją i wyciągnął korek. Wtedy z butelki wyleciał Dżin i odezwał się w te słowa:
- Za to, że mnie uwolniłeś z niewoli, spełnię twoje jedno życzenie.
Żar już wręcz kapał z nieba. Mateusz Kita zastanowił się, uśmiechnął się do siebie i powiedział:
- Chciałbym aby ten kanister był zawsze pełny piwa tak jak teraz.
- OK., zrobione - powiedział Dzin i zniknął.
Właśnie mija siedem lat jak stary Kita wszystkimi możliwymi narzędziami próbuje otworzyć ten pieprzony kanister.