Icek przychodzi do rabina i mówi:
- Rebe! Ja mam problem!
- Jaki?
- Ja siÄ™ onanizujÄ™!
- I to taki wielki problem?
- Tak! Bo ja sam siebie nie jestem w typie!
O szóstej rano Icek biegnie przez rynek, aż mu chałat fruwa na wszystkie strony. Widzi go Mosiek i woła:
- Icek! DokÄ…d tak gonisz?
- Jak to, gdzie? Do burdelu!
- Zwariowaleś? O szóstej rano?
- Ja "to" już chcę mieć z głowy.
W Berdyczowie umarł Mosiek - stary złodziejaszek i pijak.
Na pogrzebie jest zwyczaj, że trzeba o zmarłym powiedzieć coś dobrego. Nic dziwnego, że nikt z całego kahału nie chciał
wystąpić. Dopiero Icek Silberkranz się zgodził
i zaczyna przemowÄ™:
- Panowie! Jak żył nasz Mosiek wszyscy wiemy, jak umarł - też wszyscy wiemy, ale zostawił po sobie czterech takich synalków, że on przy nich to sam świątobliwy cadyk!
W pewnej synagodze rabin zdenerwował się na swój kahał i na drzwiach wywiesił kartkę:
"Wchodzenie do synagogi bez nakrycia głowy, jest takim samym grzechem, jak cudzołóstwo!"
Po kilku dniach obok tamtej pojawiła się druga kartka:
"Próbowałem i tego i tego - różnica kolosalna! Icek.
W pewnym żydowskim maisteczku na kresach umarł sześcioletni Icek. Na kirkucie, żydowskim zwyczajem, rodzina woła do zmarłego:
- A wyproÅ› zdrowie dla dziadka Abrama!
- A wyproÅ› lepszy geszeft dla taty! Itd. ...
W końcu rabin nie wytrzymał i wrzasnął na żałobników:
- Sza! Żydzi! Jak się ma tyle interesów do Jahwe, to się samemu idzie, a nie dziecko wysyła!!!
Icek ożenił się z Sarą i trzy miesiące po ślubie urodziła mu syna. Icek liczy, liczy...i w końcu idzie do rabina.
- Rebe! Ty mnie wytłumacz: moja Sara trzy miesiące po ślubie urodziła mi syna! Jak to możliwe?
- Widzisz, mój synu! Byłej kiedyś u stóp góry Synaj. Idę pod parasolem, bo słońce mocno grzało i nagle zza skał wypadł na mnie lew!
- Oj! Rebe! I co? I co?
- Tak złożyłem parasol, wycelowałem, pif! paf! I lew padł martwy!
- Oj! Rebe! Co mi rebe bajki opowiada - toż z boku ktoś strzelił!
- No właśnie...
Osiemdziesięcioletni Icek chce się ożenić z dwudziestoletnią Salcią. Mosiek mu tłumaczy:
- Icek! Ty się dobrze zastanów! Za dwadzieścia lat, ty będziesz miał sto lat, a ona czterdzieści! I po co ci taka stara baba?
Do rabina przychodzi Riwka i mówi:
- Rebe! Ty mnie rozwiedź z Lampe.
- Tak cóż! Rozwiedziemy.
Po trzech miesiącach znowu Riwka przychodzi i mówi:
- Rebe! Ty mnie wydaj za mąż!
- A za kogo?
- Jak to za kogo? Za Lampe!
- Za tego samego Lampe?
- Nie! Za innego.
- A cóż ty się tak uparła na tego Lampe?
- Och! Rebe! Toż są dwa rodzaje lampe: lampe wiszące i lampe stojące!
Do gabinetu fabrykanta Brodzkiego wkradł się, nie zauważony przez służbę, żebrak żydowski. Kijowski krezus zerwał się z fotela i jął gromić nieproszonego gościa:
- Ty draniu! Ty łapserdaku! Jak ośmieliłeś się wtargnąć do mojego pokoju i przeszkadzać mi w pracy? U mnie na jałmużnę czeka się pod kuchennymi drzwiami!
Na to żebrak:
- Mesje Brodzki! Pańską specjalnością, i to od niedawna, jest cukier. Ale ja już, dzięki Bogu, przeszło dwadzieścia lat chodzę po prośbie... To pan mnie będzie dzisiaj pouczał, jak się żebrze?!
Reb Jaker (inaczej: swat) skojarzył młodą parę. Na pytanie przyszłego małżonka o rodzinę narzeczonej, stwierdził krótko i węzłowato:
- Ojciec panny nie żyje.
Wkrótce odbył się cichy ślub, po którym pan młody dowiaduje się, iż rzekomy zmarły teść odsiaduje kilkuletni wyrok za oszustwo. Spieszy więc z awanturą do swata:
- Pan mnie okłamał, reb Jaker, mówiąc, że teść mój nie żyje! On przecież siedzi w więzieniu!
- I pan to nazywa życiem?!
Bajka.
W pewnej popegieerowskiej wsi mieszkał stary Mateusz Kita. Pewnego letniego dnia siedział sobie przed domem i spoglądał na świat. Około południa żar lał już się z nieba niesamowity i Mateusz podjął decyzję. Wyjął ze skrzyni ostatnie pieniądze, które zostały mu z emerytury, poszedł do obory i odnalazł stary, jeszcze przedwojenny, solidny kanister i poczłapał z tym wszystkim do gospody w oddalonym o trzy kilometry miasteczku. Tam kazał sobie nalać pełny kanister złotego, pysznego piwa, zapłacił ostatnimi pieniędzmi i mimo ciężaru i ogromnej spiekoty, wesoło podreptał w stronę domu, myśląc już o tym, jak wpuści kanister do studni a potem będzie popijał super schłodzone piweczko. Gdy był już niedaleko chałupy, zobaczył leżącą przy drodze zakorkowaną butelkę. Podniósł ją i wyciągnął korek. Wtedy z butelki wyleciał Dżin i odezwał się w te słowa:
- Za to, że mnie uwolniłeś z niewoli, spełnię twoje jedno życzenie.
Żar już wręcz kapał z nieba. Mateusz Kita zastanowił się, uśmiechnął się do siebie i powiedział:
- Chciałbym aby ten kanister był zawsze pełny piwa tak jak teraz.
- OK., zrobione - powiedział Dzin i zniknął.
Właśnie mija siedem lat jak stary Kita wszystkimi możliwymi narzędziami próbuje otworzyć ten pieprzony kanister.